Dzień 42. Tour de Oblaci – koła zataczają koło

Komentarze:

Niedziela, 14 września
/Piszą Jolanta i Piotr Mitko/

Katowice – Oblacki Dom Zakonny – Kokotek – Centrum Formacji NINIWA

Kolejny, nowy dzień, a jednak inny niż wszystkie poprzednie. Ostatni dzień wyprawy w Nieznane. Koniec, a dla wielu dopiero początek.

Niedziela rozpoczęta wybornym świątecznym śniadaniem, po którym, o 10.00, grupa procesyjnie przeszła przez środek kościoła na Koszutce, by uczestniczyć w ostatniej wspólnej Mszy świętej. Wspaniały widok – uśmiechnięci, świeży, ubrani w wyprawowe „mundurki”. Ojciec Tomek z dumą patrzył na nich zza ołtarza.

To nie ci sami ludzie, którzy 6 tygodni temu wyruszali w Nieznane. A to właśnie im klaskali zgromadzeni w kościele ludzie, to ich między innymi dotyczyła dialogowana część kazania. To oni z radością zaśpiewali „swój” hymn – Są momenty, dla których warto żyć… odsłuchaj.

I to oni po Mszy świętej przystroili rowery balonami i bibułą, by wjazd do Kokotka był jeszcze bardziej efektowny.

Dzień 41. Tour de Oblaci – kilometry we mgle

Komentarze:

Sobota, 13 września
/Piszą Jolanta i Piotr Mitko/

Poranek, podobnie jak poprzedni (i jeszcze kilka wcześniejszych… :-) ), rozpoczął się pobudką o piątej i startem o szóstej rano. Po raz pierwszy, przez długie 4 godziny, kilometry mijały w zupełnej mgle. Przyczyn jej obecności można upatrywać w deszczu, który padał przez całą noc, bądź w bliskości Odry – albo w obu tych czynnikach jednocześnie. Było nie było, krajobraz wywołał jedno skojarzenie: znana Polska, a taka tajemnicza!

Tour de Oblaci – czyli rowerami (prawie…) dookoła Polski! Dzień 39.

Komentarze:

Przepraszamy za opóźnienia związane z relacjami z ostatnich dni wyprawy w Nieznane. Ale już są! Jesteś ciekawy co działo się w tych dniach? Zapraszamy do czytania :)

/Piszą Jolanta i Piotr Mitko/

Niezbadane są ścieżki Pana naszego – po oficjalnym pożegnaniu z Czytelnikami, przyszło nam jeszcze raz usłyszeć w słuchawce znajomy głos ojca Tomka, pogawędzić o wydarzeniach i wrażeniach, po czym zasiąść do napisania ostatniej (teraz już na pewno!) relacji z wyprawy w Nieznane. Mamy nadzieję, że Państwo z podobnym do naszego, ogromnego po rozmowie z o. Tomkiem, entuzjazmem czytać będą te słowa.

Wrócili szczęśliwie – to już wiemy. Ale jak wyglądały ich ostatnie dni po przekroczeniu granicy z naszym pięknym krajem? O tym właśnie teraz.

Dzień 38. Rekord nie tak istotny

Komentarze:

Środa, 10 września

/Pisze Krzysztof Kmiecik/

To już ostatnie dni wyprawy w Nieznane. Tak, nadal w Nieznane, bo chociaż rowerzyści już sami decydują, którędy będą jechać, to nigdy nie wiadomo, co może ich jeszcze spotkać w drodze. Dokładnie tak, jak w życiu – planujemy harmonogram dnia, co i w jakiej kolejności mamy zrobić, ale to nam wcale nie gwarantuje, że nie nastąpi jakaś zmiana i uda nam się wykonać to, co sobie założyliśmy.

Co prawda 38. dzień wyprawy nie przyniósł większych niespodzianek, to jednak na pewno zaliczał się do tych wyjątkowych.

Dzień 37. Jedność iluzoryczna

Komentarze:

Wtorek, 9 września

/Pisze małżeństwo Magda Anioł i Adam Szewczyk/

Kolejny „nielegalny” nocleg na dziko. Namioty rozłożone gdzieś w krzakach na przedmieściach. Poranek bardzo chłodny. Ruszyli. I z każdym kilometrem pogoda staje się coraz bardziej przyjazna. Jadą terenami byłego NRD. Krajobrazy znane z Polski. Droga jest, można powiedzieć, normalna. Z awarii odnotowujemy złamaną szprychę Kasi Wawer i dziurawe dętki Kasi Dmowskiej i Agaty Kowal. Wreszcie o 12.30, po 120 kilometrach jazdy docierają do dużego miasta. Berlin.

Dzień 36. Nie lubię poniedziałków?

Komentarze:

Poniedziałek, 8 września

/Pisze Piotr Sacha/

Szósty poniedziałek wyprawy. Każdy zna to poniedziałkowe uczucie – trzeba rozpocząć kolejny tydzień szkoły, kolejny tydzień pracy, kolejny tydzień… jazdy na rowerze w Nieznane. To był najzwyklejszy poniedziałek. Spokojny (tylko jedna awaria – przebita dętka w rowerze Joli), choć pracowity (znów ponad 200 kilometrów w nogach). Poniedziałek ze zwykłą pogodą (ani za zimno, ani za ciepło; jeszcze lato, ale już liście spadają z drzew). Ostatni poniedziałek w trasie, zarazem pierwszy poniedziałek jazdy bez strzałki. Od dziś przecież team z Niniwy sam wyznacza sobie plan powrotu do Kokotka.

– Zaczęliśmy ostatni tydzień jazdy w Nieznane, choć wydaje się, że wszystko jest już znane – relacjonuje przeziębiony ojciec Tomek, tuż przed noclegiem, jakieś 100 kilometrów przed Berlinem. – Powstaje ryzyko, aby sobie już odpuścić. Ale nie odpuszczamy. To znaczy jesteśmy wciąż otwarci na to, co przygotował nam Pan Bóg.

Dzień 35. Dwa bieguny

Komentarze:

Niedziela, 7 września

/Piszą Paulina i Wojciech Zakowiczowie/

35. dzień wyprawy, niedziela. Tak naprawdę ostatni dzień wyprawy w Nieznane. Pomimo tego, że ekspedycja będzie trwała jeszcze 7 pełnych dni to jednak, dzięki głosowaniu internautów, pierwszy raz mają jasno określony cel – Kokotek, miejsce startu. Również po raz pierwszy w historii NINIWA Team zatoczy koło na dwóch kołach… co rowerzyści przyjęli z dużym entuzjazmem.

Od wczoraj ekipa śpi w polskiej Misji Katolickiej w Hamburgu. Jak zostało już wspomniane we wcześniejszej relacji kościół pod wezwaniem św. Józefa znajduje się w samym sercu „czerwonej dzielnicy” tego portowego miasta. Przez cały czas rowerzystom towarzyszy głośna muzyka, tłumy ludzi, opary alkoholu i aromat palonych liści… Niełatwo zasnąć…

Dzień 34.

Komentarze:

Sobota, 6 września

/Pisze s. Anna Bałchan/

Dziś przejechanych 210 km! Ostatniej nocy rowerzyści spali w oborze u niemieckich gospodarzy otuleni aromatem krowich „zapachów” (wszystko eko). Ten aromat jeszcze długo im towarzyszył, bo to tereny gospodarskie. Rankiem we mgle z cudownymi widokami i przebijającymi promieniami słońca ruszyli śpiewając sobie: „każdy wschód słońca Ciebie przypomina, nie pozwól nam przespać poranka…”. Tutejsze tereny podobne są do polskich. Było też trochę parno, lało a nawet podobno pojawił się grad, ale jak mówi o. Tomek: „przed nami, za nami, ale nie w nas”.

Dzień 33. Powierz Panu swą drogę

Komentarze:

Piątek, 5 września

/Piszą Jolanta i Piotr Mitko/

To był dobry dzień!” – tymi słowy powitał nas ojciec Tomek i powtórzył je w dalszej części konwersacji jeszcze kilka razy. :)

Po ciepłej nocy spędzonej nad morzem ekipa obudziła się niestandardowo o 6.00, by godzinę później wyruszyć na trasę. Pierwszy dystans (czytaj: pierwsze 50 km) nie był łaskawy dla Maxa, który zaliczył małą, niegroźną wywrotkę (równie niegroźną, choć podobno bardzo efektowną, zaliczyła Ola podczas ostatniego dystansu). Pierwsza przerwa odbyła się pod Lidlem (jeden postój pod marketem wpisany jest w grafik każdego dnia).

1 2 3 4 5